Advertisement
inspiracja. animacja. edukacja.
Strona startowa arrow Szkoła cyrkowa arrow Biografie cyrkowe - Barbara i Stanisław Kozikowie
Biografie cyrkowe - Barbara i Stanisław Kozikowie Utwórz PDF Drukuj
Autor: Anna Krzykawska   

 

 Państwo Barbara i Stanisław Kozikowie są absolwentami Szkoły Cyrkowej w Julinku. Pan Stanisław wcześniej ukończył nowotarskie Technikum Weterynaryjne. Po maturze kolega pokazał mu informator zawierający dane o szkołach policealnych i żartując wskazał właśnie szkołę w Julinku mówiąc, że jest to szkoła dla niego. Pan Stanisław stwierdził, że pójdzie do niej, jeśli będzie mógł też wybrać szkołę koledze. Tym sposobem wylądował w szkole w Julinku, a jego kolega w studium marksizmu i leninizmu w Bielsku- Białej. Nawet podania do szkół napisali za siebie.

 2-letnie pomaturalne Państwowe Studium Cyrkowe w Julinku po Warszawą było profesjonalną szkołą, kształcącą zawodowych artystów. Na egzaminach wstępnych był test ogólnosprawnościowy, podstawy rytmiki, baletu itp. oraz rozmowa kwalifikacyjna. W szkole uczono szeroko rozumianej sztuki cyrkowej: akrobatyka, żonglerka, gimnastyka, balet, tresura zwierząt itd. Program był bardzo napięty. Rano od 8 do 14 zajęcia gimnastyczne, potem obiad, po obiedzie przerwa 2 godziny, a po południu zajęcia teoretyczne: anatomia i biomechanika, historia sztuki, język obcy, charakteryzacja, gra aktorska, balet, rytmika, choreografia. O 18 była kolacja i po kolacji szło się jeszcze na salę gimnastyczną ćwiczyć już indywidualnie. Szkoła znajdowała się na ogrodzonym terenie zamkniętym. Na tym terenie były dwie areny cyrkowe, hotel robotniczy, gdzie na drugim piętrze mieściła się szkoła cyrkowa wraz z pokojami mieszkalnymi, oraz duża sala gimnastyczna. Do szkoły przyjeżdżali też przed sezonem artyści, tam wypoczywali i trenowali. W tym czasie studenci mieli miesiąc ferii a potem miesiąc obozu w górach – rano narty a po południu sala gimnastyczna. Niejednokrotnie studenci spotykali się w szkole z zawodowymi już artystami i podglądali ich w trakcie treningów.

 Po ukończeniu szkoły i otrzymaniu dyplomu niektórzy odchodzili i kontynuowali studia gdzie indziej lub szukali pracy. Natomiast kto chciał mógł zostać na specjalizacji – tzn. było się już na etacie w cyrku, ale dalej trenowało się w szkole, przygotowując numery do występów. Pan Stanisław po skończeniu szkoły został w Julinku na tejże specjalizacji i pracował razem z partnerem i partnerką nad numerami na trapezie ramowym (patrz zdjęcia). No i w nowym sezonie wyjechał z nimi w swoją pierwszą trasę.

 A jak pan Stanisław poznał swoją przyszłą żonę i partnerkę? Kiedy on kończył szkołę, pani Basia przyjechała na egzamin wstępny. Ukończyła wcześniej Liceum Sztuk Plastycznych w Zamościu. Pan Stanisław pomagał przy egzaminach i tam się po raz pierwszy spotkali. Od razu „wpadli sobie w oko” no i zaczęła się znajomość, która później przerodziła się w coś więcej. Po jakimś czasie trio pana Stanisława rozpadło się i zaczął przygotowywać nowy repertuar właśnie ze swoją przyszłą żoną.

 Ich specjalizacją była akrobacja napowietrzna. Ta specjalizacja jest jedną z najtrudniejszych w całym cyrku. Każdy element podczas wykonywania numeru jest powiązany choreograficznie, muzycznie. Każdy, nawet najmniejszy defekt, wybija z rytmu. Tam nie ma miejsca na brak zaufania partnerowi. Wszystko musi być perfekcyjne. Ale jak to we wszystkim, zawsze może coś nie wyjść. Na wysokości kilkunastu metrów jest to jednak bardzo niebezpieczne. Jeśli już coś takiego się zdarzy to trzeba umieć z tego wybrnąć. Oprócz tego państwo Kozikowie przez jakiś czas podjęli się tresury koni.

W trakcie swojej kariery mieli parę niebezpiecznych sytuacji, z których nie zawsze wychodzili cało. Podczas jednego występu w Toruniu szalała okropna burza. Część ludzi ze strachu zaczęła opuszczać namiot. Artyści odmówili występu, ale Kozikowie postanowili wystąpić. Kiedy wykonywali jeden z tricków, kopuła namiotu pękła na długość kilkunastu metrów i woda wlała się do namiotu. Innym razem pani Basia po krótkiej przerwie w pracy przeliczyła swoje siły. Nie dała rady podciągnąć się w trakcie jednej z ewolucji i musiała zeskoczyć z chusty. Skacząc z 4 metrów skręciła sobie kolano. Kiedyś we Wrocławiu zjeżdżała po taśmie lupingu. W pewnym momencie taśma zaczęła przecinać jej ręce. Pan Stanisław chciał ratować ją przed upadkiem z 10 metrów. Pani Basia, spadając, niechcący złamała mężowi kość policzkową.

W Niemczech jednak zdarzył się chyba najpoważniejszy wypadek. Podczas występu na chwilkę zabrakło prądu. Ich numer był wykonywany z rekwizytem zasilanym przez prąd. Rekwizyt zamiast iść do dołu wystrzelił w górę, wszystkie linki się poplątały. Pani Basia spadła z wysokości ok. 10 metrów i złamała sobie jeden z kręgów lędźwiowych. Wykluczyło ją to z występów na dwa miesiące. Przez ten wypadek pani Basia musiała zrezygnować z niektórych elementów, ponieważ zagrażały jej zdrowiu.

 W tym zawodzie trema nie bywa pomocną motywacją. Państwo Kozikowie tremowali się tylko wtedy, jeśli jakieś niespodziewane wypadki wydarzyły się przed numerem. Były nimi np. złe funkcjonowanie rekwizytów czy wypadki poprzednich artystów. By pozbyć się tremy przed samym występem, każdy artysta musiał się indywidualnie skupić, „rozćwiczyć”. Jeśli jedna osoba była stremowana podczas występu, to druga zaraz wyczuwała tremę partnera.

Podczas pracy w cyrku państwo Kozik spotykali największe polskie gwiazdy estradowe i telewizyjne, takie jak: Wojciech Mann, Krzysztof Materna, Maryla Rodowicz, Krzysztof Krawczyk, Wojciech Gąsowski. Występowali oni w ramach spektakli cyrkowych. A po występach zasiadali do stołu razem z cyrkowcami i wspólnie imprezowali. Państwo Kozik znali osobiście wielu z nich i znają też dużo ciekawych historii związaną z tymi gwiazdami, których jednak, z przyczyn oczywistych, nie będziemy tutaj przytaczać.

 Występowali nie tylko w Polsce, ale także w wielu innych krajach m.in. w Korei Północnej, Norwegii, Szwecji, Belgii, Holandii, Francji, Rosji, Włoszech a także na terenie Laponii i Azji Średniej. W 1987 roku w Korei Północnej swoim występem uświetnili urodziny tamtejszego przywódcy Kim Ir Sena. Oprócz nich występowali artyści prawie z całego świata. Pani Basia zapytana co najbardziej ją tam zdziwiło odpowiedziała, że wielkie przywiązanie do swojego przywódcy. Przed jednym z numerów pan Stanisław chciał odkręcić wodę w kranie. Po odkręceniu kurków nic nie poleciało. Szybko sobie odpuścił, ponieważ musiał wejść na scenę. Gdy wrócili po numerze do garderoby, po otworzeniu drzwi wylała się gorąca woda, która zalała cały pokój. Jeden Koreańczyk z obsługi wbiegł do pokoju i zamiast najpierw zakręcić krany z gorącą wodą zaczął wycierać zaparowane, wielkie fotografie Kim Ir Sena. Dopiero gdy to uczynił, mógł zakręcić kran.

Praca w cyrku nie zamyka się w równych godzinach. W trasy wyjeżdżało się nawet na rok. Inne były nazywane świątecznymi i trwały ok. trzech tygodni. Polegało to na tym, że w okresie Bożego Narodzenia różne zakłady pracy wykupywały dla pracowników gotowe programy. Z panią Basią i panem Stanisławem w trasy jeździli ich synowie a czasem także ich pies, który podobno świetnie sprawdzał się jako stróż tresowanych zwierząt, gdy te przebywały poza areną.

Podczas swojej kariery państwo Kozikowie otrzymali niejedną nagrodę. Jednym z większych osiągnięć w ich karierze była m.in. Artystyczna Nagroda Młodych 1 stopnia im. Stanisława Wyspiańskiego. Inną nagrodą było 1 miejsce podczas międzynarodowego festiwalu sztuki cyrkowej ,, Gwiazdy areny’’. Na 100 możliwych punktów do zdobycia państwo Kozikowie dostali aż 98.

 W 1994 roku pan Stanisław przeszedł na emeryturę. Spędził na arenie cyrkowej aż 19 lat, choć przepisy pozwalają na zakończenie kariery już po 15 latach. Dziś akrobatyka dla niego jest to zamknięty rozdział, choć sentyment pozostał. Wraz z żoną często ogląda różne występy cyrkowe.

 

Publikacja artykułu za zgodą autora oraz głównych bohaterów - Państwa Kozików. "Latający cyrk", autor: Anna Krzykawska. Dziękujemy za uprzejmość portalowi sulkowice.info